|
Moje życie składa się z seksu, pracy i snu. Tyle, że kolejność ta ulega ciągłym modyfikacjom.
środa, 16 maja 2012
Niebo
Codziennie patrzę w niebo. Patrzę w nie znacznie częściej niż w lustro. Potrzebuję tej niebieskości chyba najmocniej w świecie. Jeżdżąc autobusami zawsze spoglądam w okno. Nie obserwuję ludzi wewnątrz wozu ani tych na ulicach, omijam wzrokiem miasto, kieruję się tylko ku górze. Najbardziej lubię końcówkę słońca. Wtedy niebieskość przestaje być tylko blue, zaczyna tańczyć z czerwienią i brązowiejącą żółcią. Obłoki płyną, płyną i w końcu gasną. Wtedy wyciągam książkę. Oglądam współpasażerów. Jednoczę się z ludźmi i jestem obecna.
sobota, 12 maja 2012
Naraz
Zabawne. Kiedy mam kilka tekstów do napisania, piszę je jednocześnie. Tu jedno zdanie, tam dwa. Może wynika to z niemożności koncentracji na jednej rzeczy, a może tak przychodzą do głowy lepsze pomysły. Pracuję tą metodą od wielu lat i wciąż się sprawdza.
Pisząc, mam jednocześnie otwarte dwie skrzynki mailowe, komunikator, portal informacyjny. Zaglądam tu i tam, czasem wejdę w krótką pogawędkę, odpiszę na e-mail, bywa, że zadzwoni telefon i jedną ręką trzymając słuchawkę, drugą dalej piszę. Gra radio, gaz pod kuchnią zapalony, zmieniam stację, odwracam na drugą stronę naleśniki. Gdy pracuję rano, jednocześnie tuszuję rzęsy albo suszę włosy suszarką, cały czas nie tracąc pisanego tekstu z pola widzenia.
Pod tym względem nigdy nie męczyłam się w miejskich redakcjach. Nie irytował mnie wszechobecny gwar, nie potrzebowałam specjalnych warunków, czyli ciszy i spokoju, mogłam pisać obojętnie gdzie i prawie obojętnie na jakim sprzęcie.
Umiejętność pracy pod presją czasu, ulubiona fraza wykorzystywana w aplikacjach, w moim przypadku jest całkowitą prawdą. Deadline mnie nie przeraża, nie wiem nawet, czy specjalnie motywuje – przyzwyczaiłam się, że prawie wszystko jest na cito, a że systematyczności mi brak i czasem przedkładam przyjemności nad obowiązki, po prostu zdarza się, że pracuję, gdy normalni ludzie jeszcze albo już śpią. Nie cierpię z tego powodu, zarwane noce czasem odsypiam, a czasem nie i też żyję. Najbardziej nie lubię się nudzić – to pewnie wytłumaczenie mojej koncepcji pracy. I gdy tylko czuję znużenie własnym tekstem, natychmiast odkładam go i zabieram się za drugi. Albo trzeci, albo czwarty...
Ale, owszem, bywają i takie chwile, gdy piszę w zapamiętaniu, z czajnika bucha coraz większa para, zaraz woda się całkiem wygotuje, a ja rejestruję to wzrokiem, ale jeszcze jedno słowo muszę, jeszcze kolejne, zanim myśl wyparuje z głowy, a czajnik... cóż czajnik, to tylko czajnik, można kupić następny.
Za to wciąż zdumiewam się tymi, którzy biorąc się za jedną rzecz, nie przystają po drodze, a realizują projekt od początku do końca. Ale nie boleję, że mnie tej umiejętności brak, nie zazdroszczę cierpliwości, bo przecież nie liczy się „jak”, ale „co” – czyli efekt końcowy. Zupełnie odwrotnie niż w miłości.
czwartek, 10 maja 2012
Eko fetysz
Mam słabość do zdrowej żywności. Niekoniecznie tylko dlatego, że taka zdrowa i bardzo smaczna, ale że kojarzy mi się z prostotą i miłością. Lubię rzeczy proste, klasyczne, zarówno w kroju, jak i smaku. Ostentacji nie cierpię, anarchizm przejawiam głównie w poglądach. Zabawne, że te moje anarchistyczne poglądy są konieczną odpowiedzią na wszechobecną anarchię innych. Mój moralny kręgosłup jest bodaj najsilniejszą ze wszystkich życiowych postaw.
Wciąż jeszcze nie jadam w pełni zdrowo. Nie to, że ceny, bo można jeść drożej, ale mniej, co zrównoważy się z dużo i tanio, i dodatkowo pozytywnie wpłynie na organizm. Sęk w tym, że sięgając po zdrową żywność, odczuwam przyjemne ciepło w dole brzucha. To nie jest zachwyt nad niewyrośniętym, ekologicznie sadzonym pomidorem. Nie przejmuje mnie jego wygląd, smak ani zapach, a przynajmniej nie w nich tkwi źródło mojej fascynacji. To fascynacja... mężczyznami. Mężczyznami, którzy jak jadają, tak zachowują się w sypialni. Zwracają uwagę na to, co (kogo) konsumują. I nigdy nie robią tego byle jak. Lubię przyglądać się, co mężczyzna wybiera z karty dań. I jak potem te dania spożywa. Lubię go naśladować i niespiesznie, ale z apetytem, przeżuwać każdy kęs. Powoli, bez żadnego pośpiechu. Czasem robię sobie taką ucztę. Samo proste, zdrowe jadło. Jadam palcami, na których jeszcze przez jakiś czas pozostaje zapach oliwy, pomidorów, bazylii. Niedługo zacznie się pora bobu i jego intymnego zapachu... Te chwile są dla mnie dość erotyczne, dlatego nie stały się codziennym rytuałem. Może śmieszne to i niezrozumiałe dla wielu, szczególnie tych, którzy jedzenie traktują bez przyjemności i szacunku albo odwrotnie – podchodzą do niego z nabożeństwem. Ja też, ale u mnie jest w tym także erotyzm. Nabożny erotyzm? Owszem, bo jeśli miłość jest religią, to smaki miłości zmysłowymi modlitwami.
To niegroźny fetysz. Ba, to bardzo zdrowy fetysz. Czasem zastanawiam się, czy pierwszym pytaniem zadanym nowopoznanemu mężczyźnie, nie powinno być: co jadasz? Ale najlepiej chyba nie pytać, a od razu udać się na kolację. Bez śniadania. Chyba... A na pewno śniadanie uzależnić od kolacji.
piątek, 04 maja 2012
Szaranagajama*
Strasznie lubię spać nago. Ponieważ jestem zmarzluchem i w dodatku mieszkam na północy miasta, sypianie bez ubrania zdarza mi się stosunkowo rzadko. W ogóle lubię być nieograniczona odzieżową materią. Nie wiem, z czym to porównać – z jazdą z górki na rowerze? – bo tak samo czuję się wtedy wolna. Ilekroć jestem sama w domu, w którym, naturalnie, musi być ciepło, zrzucam ubranie i gotuję, piszę, czytam całkiem na golasa. Lubię też chodzić boso. Najchętniej po piasku i trawie. Lubię kąpać się bez ubrania w morzach i jeziorach. I nie potrzebuję do tego żadnego towarzystwa. Zabawne, że przy tym wszystkim kompletnie nie nęcą mnie plaże nudystów. Samotnie i nago – tak. Może jeszcze w bardzo, bardzo bliskim przyjacielskim gronie. W gronie obcych ludzi, w tłumie – zupełnie nie mam takiej potrzeby. I zabawne, że im jestem starsza, tym bardziej mi się tej nagości w samotności chce. Mam tylko nadzieję, że nie zapomnę się kiedyś i nie pobiegnę jak rajska Ewa do pobliskiego sklepiku, do którego zdarza mi się czasem pójść w piżamie. Ale piżama to zupełnie inna bajka. Zresztą, moje piżamy ograniczają się do spranych t-shirtów, zostawionych przez moich partnerów albo koszulek, z których wyrósł już Nieletni. Długo dorastałam do tej wolności. Podobnie jak do dobrego samopoczucia bez makijażu, który rzadko wykonuję z powodu lenistwa. I dobrze mi z tym. Swobodnie. Znikła presja, moja własna, by (przy)podobać się innym. * Uwielbiam ten wiersz Białoszewskiego, o ten:
Mam piec podobny do bramy triumfalnej! Zabierają mi piec Podobny do bramy triumfalnej!! Oddajcie mi piec Podobny do bramy triumfalnej!!!
Zabrali.
Została po nim tylko szara naga jama szara naga jama.
I to mi wystarczy: szara naga jama szara-naga-jama sza-ra-na-ga-ja-ma szaranagajama.
Mnie też wystarczy.
środa, 02 maja 2012
Skaza
Był taki czas, że bardzo chciałam być ładna. Ładna urodą lalki, urodą o tyle doskonałą, co nudną. Na szczęście, okres ten niedługo trwał i wkrótce stwierdziłam, że lepiej być średnio ładnym, ale charakterystycznym. Dokładnie tak samo postrzegam atrakcyjność mężczyzn. Lubię, gdy nie są ładni. Zdarzało mi się być z wielkimi przystojniakami, których uroda po pewnym czasie zaczynała mnie nużyć. Nie miałam na czym zaczepić oka – wszystko było takie gładkie, uporządkowane, w klasycznych rysach nie znajdowałam żadnego defektu. A defekty mnie fascynują. Może nie te wielkie, bo aż takiego bzika na punkcie odstępstw od normy nie mam, ale lubię, gdy mężczyzna ma w sobie jakąś usterkę. Cokolwiek, co wyróżnia go z tłumu i sprawia, że właśnie na niego patrzeć chcę jak najdłużej. Rodzi się wtedy we mnie potrzeba pilnego strzeżenia tajemnicy defektu. Niemożliwa, jeśli skaza znajduje się w miejscu widocznym. Pamiętam związek z pewnym mężczyzną z defektem. Ten defekt był bardzo widoczny, niekulturalni ludzie rzucali czasem jakąś uwagę. I kiedyś mój partner zapytał mnie, czy chciałabym, aby usunął ów defekt. – Broń Boże – powiedziałam porywczo. – Nawet o tym nie myśl! Bo przyszło mi do głowy, że wtedy nie będzie już tak atrakcyjny dla mnie. Poza tym takiego go właśnie poznałam i w takim się zakochałam. I – co najważniejsze – jemu ten defekt w ogóle nie przeszkadzał. Lubię mężczyzn ze skazami. Lubię ludzi, którzy nie są jednoznaczni. To bardzo inspirujące dla zmysłów i dla rozumu.
sobota, 28 kwietnia 2012
Seks jak dzieciństwo
Kiedy wchodzę w prawdziwie dziecięcy świat, sama na chwilę staję się dzieckiem. To potrzebne, aby zrozumieć małego człowieka. To taka zabawa dla mnie, trudna z początku, a potem fascynująca. Odkrywam to, co już dawno zapomniałam i co w codziennych warunkach tak trudne jest do wykrzesania. Zazdroszczę dzieciom swobody zadawania wszystkich pytań i braku lęku o reakcję. Braku rachowania, co opłaci się, a co nie. Jeszcze istnieją takie dzieci i cieszę się, mogąc z nimi pracować. Na moim drugim biegunie jest seks. Radość z kontaktu z drugim człowiekiem, możliwość jego najgłębszego poznania, sięgnięcia mu w duszę, kiedy odkrywa przede mną bez zahamowań swoje ciało. Nie jestem śledczym, nie wypytuję, po prostu doceniam to, co w chwilach największej intymności dostaję. To się pięknie łączy. Dziecięcy świat, w który wchodzi się, będąc miłośnie z partnerem. Śmiech, łzy, ciała mokre od potu, rozmazany przez dłonie albo starty pocałunkami makijaż. Nie ma wtedy nic więcej oprócz naszego niewymuszonego bycia z sobą. Tylko taką miłość uprawiam, lekką i beztroską jak prawdziwe dzieciństwo.
piątek, 20 kwietnia 2012
Spódnica z liceum
Wracałam wczoraj ze szpitala drogą, którą 20 lat temu chodziłam do liceum. Niewiele się zmieniło. To droga bardzo miła dla zmysłów, wśród drzew i nowo powstałych ścieżek rowerowych. Od zawsze w południe świeci tu słońce, idzie się środkiem miasta, a prawie jakby się było poza nim. Szłam uśmiechając się do wspomnień, z dziwnym poczuciem jakbym nie zmieniła się przez te wszystkie lata. I nagle zdałam sobie sprawę, że coś w tym rzeczywiście jest. I to bardzo, bardzo namacalnie. Miałam na sobie tę samą spódnicę, w której chadzałam, gdy tylko ciepło się robiło, do szkoły. Spódnicę, którą zazdrosne koleżanki określały jako zbyt krótką, a która tak naprawdę ma zupełnie przyzwoitą długość. Inaczej nie chodziłabym w niej, przynajmniej do szkoły. Kwestia długości dotyczy raczej nóg, ale żadna to moja zasługa, raczej przypadkowy zbieg genów.
Rzadko epatuję cielesnością. Chociaż wolę mniej niż więcej i swobodę od wypracowanego stylu. Pewnie kiedyś będę musiała go trochę zmienić, gdy zmarszczki nie będą już licowały z bezpretensjonalnością w ubiorze. Póki co, zakładam rzeczy, które nosiłam w liceum. Nie tyle z nostalgii za tamtymi czasami, co raczej z oszczędności, bo pieniądze wolę wydawać na przedmioty bardziej trwałe niż ubrania. A o ubrania dbam. Gdy się ma ich niewiele, trzeba je zwyczajnie szanować, aby zbyt szybko się nie zniszczyły.
Lubię widzieć zmiany w swoim ciele. To oznacza, że czas nie stoi w miejscu, że życie toczy się normalnie, a ja jestem tu i teraz, a nie w przeszłości. Czasem nawet tych zmian z niecierpliwością wypatruję, niech mi się wreszcie włosy zaczną srebrzyć, a skóra stanie się trochę cieńsza. Dziwię się kobietom, które chciałyby zatrzymać czas. Gdybym ja miała takie pragnienia, czułabym się cokolwiek dziwnie, w niezgodzie z sobą i tym, co mnie otacza. Pisałam już, że uwielbiam zmarszczki u dojrzałych kobiet (u mężczyzn też, ale u mężczyzn to mój fetysz). Zmarszczki są jak życie – wspaniałe, ukazujące całą gamę doświadczeń od dzieciństwa aż po dziś. Chciałabym się ładnie starzeć – ze zmarszczkami i szczupłym ciałem, jak najdłużej będącym w dobrej kondycji fizycznej. Żeby jak najmniej mnie ograniczało. Żebym mogła jeździć na rowerze, chodzić jak lubię i by nie zawodziło mnie ono w miłości.
sobota, 14 kwietnia 2012
Na dwoje
Praca. Sprężam się z roboczą sobotą, która za parę godzin przemieni się w maraton z przyjaciółką. Będziemy rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Nie gadać, bo gadanie zarezerwowane jest dla spraw błahych, nieważnych, a my nawet o powszedniości mówimy z pełnym skoncentrowaniem. I codzienność każdej z nas jest właściwie tylko ścieżką do głównej drogi na fundamentalne tematy. Lubię te nasze maratony. Jak każdy długi bieg rozpoczynają się przygotowaniem do niego, typową rozgrzewką: niespiesznie się posilając wymieniamy uprzejmości i wiadomości z ostatnich tygodni. Zbieramy siły na wejście w obszary, które czasem bolesne są i niewygodne, ale bez wejścia w które naszej relacji nie można by zwać przyjaźnią. Otwieramy się czasem mocniej, czasem nie, ale trwamy w poczuciu bezpośredniej bliskości przez kilka godzin. Ładujemy akumulatory łącznością z drugim człowiekiem. To ważne dla nas. I budujące.
Pospieszam więc z pracą, pospieszam swój umysł, rozgrzewam palce do mknięcia po klawiaturze. Zwykle nie mam problemów z pisaniem, pisaniem na zlecenie, pisaniem do stałych zleceniodawców, gorzej bywa, gdy tekst będzie dzielony na dwoje, konsultowany z fachowcem. Przecież wiesz, co chcesz powiedzieć, przekonuję samą siebie, pisz więc, nie bój się słów, znasz je jak własną kieszeń, jeszcze cię nie zawiodły. Recepta na tę niepewność jest jedna: być ostrożnym, ale nie zachowawczym. Mocno zdyscyplinowanym, ale nie zdystansowanym. I pisać, pisać, pisać, zapisać kilka kartek, a potem, po co najmniej kilku godzinach, oddzielić ziarna od plew. Bo gdy konsultant jest całkiem obcą osobą, to stres, chociaż go nie brakuje, bywa motywujący. Ale gdy konsultanta już trochę znasz, wtedy napisanie dobrego tekstu zaczyna nastręczać trudności. I od dodania sobie odwagi trzeba zacząć tę pracę. Jak pisała kiedyś mądra kobieta: najpierw w siebie uwierzyć, a potem o sobie zapomnieć. Niech mi się pisze dzisiaj. Niech będzie lekko. A jutro oddzielę ziarna od plew.
czwartek, 12 kwietnia 2012
Przyjaciółka na wiosnę
Przyszła sobie zaraz po zimie i nie chce odejść. Nie przekonuje jej wizja miłego dzisiaj, pracowitego jutra, weekendu z przyjaciółką i może przyjacielem. Odrzuca nawet zieleniące się powoli drzewa i poranną rosę, za którą tęskniła jeszcze przecież tak niedawno. Rozsiadła się u mnie zbyt wygodnie. Zazdroszczę jej pewności siebie i bardzo staram się jej nie polubić. Paradoksalnie, choć chcę się jej pozbyć, to przyzwyczajam się do niej coraz bardziej. Nie walczę, godzę się, daję jej wolną poduszkę po drugiej stronie łóżka. Może tę poduszkę powinnam zachować dla kogoś miłego, dobrego, kto byłby prawdopodobnie jej wart...
Może oswojona, niewypychana siłą sama odejdzie? Znudzi się jej moje spokojne trwanie, brak nerwów, łagodna cierpliwość? Bez walki odda poduszkę? Nie chcę cię polubić, wiosenna depresjo. Chociaż z coraz większym trudem mi to przychodzi.
piątek, 06 kwietnia 2012
Za czym kolejka ta stoi? Za chlebem, za chlebem, za chlebem
Święta są spokojnym czasem dla tych, co w porę zaopatrzyli się w jedzenie. Kilka lat temu w przedświąteczny poranek stanęłam w kolejce po chleb. Leżały sobie bochenki ładnie i równo na półkach. Nie było ich wiele, ale biorąc pod uwagę ilość osób przede mną, biorąc pod uwagę nawet fakt, że te osoby wyposażą się w kilka sztuk pieczywa, stałam całkiem spokojnie. I jakież było moje zdumienie, gdy dotarłszy do lady, usłyszałam, że chleba nie ma. – A to? – wskazałam ręką na co najmniej tuzin wypieczonych chlebów. – To na zamówienie – usłyszałam. – Na co? – spytałam z niedowierzaniem. – Były zapisy – odparła pani. – Na początku tygodnia. A pani nie wpisała się na listę, no to chleba dla pani nie ma. Obraziłam się, po czasie mi przeszło.
Przypomniałam sobie tę historię dziś i już mnie mierzi, że się może powtórzyć. Jako kilkulatka towarzyszyłam czasem rodzicom w ogromniastych kolejkach. Wtedy była komuna. Dziś jest kapitalizm, ale w przypadku dostawy świeżego pieczywa na zaledwie dwa dni wolne od pracy, sytuacja wygląda tak samo. Nie powiem, gdzie mam święta, bo będę je mieć jak zawsze w domu najbliższych. I dla tych najbliższych upiekę ciasta, jeśli jeszcze zdążę kupić potrzebne do ciast precjoza. Owszem, ostatnio wstaję bladym świtem, ale czas wykorzystuję na zgoła inne zajęcia niż bieganie po sklepach. Taka jestem nieprzezorna, niezaradna i wciąż nieumiejąca pogodzić się, że nie żyję w świeckim kraju.
|
Archiwum
Tagi
|